Top 10 listopada


Po bardzo owocnym październiku wchodziliśmy w przedostatni miesiąc roku pełni nadzei, że tendencja na rynku wydawniczym się utrzyma, a przynajmniej mocno nie zmaleje. Jednak okazało się, że koniec roku wcale nie należy do czasu szaleństw nowych produkcji, których w listopadzie nie mieliśmy zbyt dużo. Może to i dobrze, zawsze jest czas wrócić do przegapionych albumów z całego roku. Sprawdźcie tak czy inaczej listę 10 produkcji wydanych w ostatnim miesiącu, na które warto zwrócić uwagę. Jak zwykle, zapraszam do komentowania - z czym się zgadzacie? Co zostało przeze mnie za bardzo docenione, a o czym w ogóle zapomniałem?

Bekay - Hunger Pains (Coalmine Records)

Po wydaniu kilka lat temu (2005?) albumu „The Horror Flick” Bekay z miejsca został okrzyknięty jednym z najlepszych białych raperów w grze. Nie ma się co dziwić, emocje z jakimi nagrywał aż spływały z głośników i nie ważne czy był to smutek, radość czy nieskrywana agresja. Już wtedy dostaliśmy zapowiedzi albumu „Hunger Pains”, który jak się okazuje, był już wtedy praktycznie gotowy. Co musi się dziać w kwestiach wydawniczych, żeby gotowa produkcja czekała kilka lat na wydanie – to może wiedzieć tylko wydawca tego albumu. My wiemy coś, co jest po drugiej stronie lustra – słychać, że album był nagrany kilka lat temu i słychać, że niestety dziś wiele ciekawego w nim nie ma. Co gorsza, myślę, że jakby ukazał się wtedy, po pierwszych zapowiedziach, to dziś żywilibyśmy do niego dużo pozytywniejsze uczucia. Szkoda, wielka szkoda.

Blakroc (Blakroc Records)

Chyba mocno nie przesadzę jeśli napiszę, że jest to jeden z najciekawszych projektów tego roku. Aż chce się powiedzieć, wreszcie ktoś zrobił coś ciekawszego, innego, z odgórnie założonym konceptem. Trochę cięższe i mroczniejsze brzmienie w połączeniu z takimi raperami jak Mos Def, RZA, Pharoahe Moch, Raekwon, Q-Tip, daje mieszankę wbijającą w fotel. Tylko 11 kawałków, i album jest żywym dowodem na to, że lepszy niedosyt niż przesyt.

J.J. Brown – Connect The Dots (Well Done Ent.)

Na hasło J.J. Brown w mojej głowie uruchamia się mechanizm wracania kilka lat wstecz, kiedy to ta ksywka kojarzona była głownie z solowymi albumami Louis Logic’a. Był taki okres, kiedy właśnie ten artysta trafiał do mnie swoim rapem najbardziej. Może właśnie dlatego do tego albumu podchodziłem tak pozytywnie czekając, że obudzi we mnie podobne emocje. Niestety nie obudził, ale wartości tej produkcji ukryć się nie da. Niby nie znajdziemy tutaj nic odkrywczego, ale dzięki Bogu nie jest to kolejna płyta z producencka z serii „zapraszam po 3 znanych podziemnych raperów na każdy na kawałek i jest fajnie”. J.J. Brown połączył kropki w odpowiedni sposób, czas teraz na nas, żebyśmy tak je połączyli by trafić tym albumem w swoje głośniki.

LMNO & Yann Kesz - Devilish Dandruff With Holy Shampoo (Up Above)

Uwielbiam styl LMNO, po prostu. Bardzo cenię sobie oryginalność i wyrobienie swojego stylu, a ten raper jest charakterystyczny jak mało kto, poznałbym jego nawijanie nawet z głową pod wodą. Do tego LMNO nie zwykł iść na łatwiznę, i podążać za trendami w kwestiach muzycznych, zawsze stara się dać nam coś choć delikatnie innego niż reszta niezależnej sceny. I tym pewnie kierował się także przy wyborze producenta do swego nowego albumu. Pochodzący z Francji Yann Kesz to producent, o którym zapewnie niewielu słyszało wcześniej, ale czy robi to jakąkolwiek różnicę, kiedy słyszymy oryginalne brzmienie surowo wrzucone na scenę grającą w jedno kopyto. I nie ulega wątpliwości, że LMNO właśnie na takich, mocnych, surowych i mających dużo basu bitach brzmi najlepiej. Członek Visionaries znów nie zawiódł i zdaje się, że jeśli nawet dziś się tym nie jarasz, to kiedyś będziesz.

O.C. & A.G. – Oasis (Nature Sound)

Starzy wyjadacze łączą siły i atakują dzisiejszą scenę część “nie pamiętam która”. Po rozpadzie, lub może bardziej naturalniej śmierci, D.I.T.C. tak samo O.C. jak i A.G. rozpoczęli kariery solowe, i ich dorobek w tej materii wskazywałby na to, że wspólny materiał obu artystów będzie czymś naprawdę konkretnym. I w tym momencie pozytywy powoli się wyczerpują. Album jest za nudny, nie przyciąga praktycznie niczym, a „niby-fajne” bity może trochę bujają, ale nie wiem, czy nie bardziej z przyzwyczajenia. Całe szczęście, autorzy albumu robią to nie od dziś i ich rap tym, co może się podobać. Szkoda, bo wielu słuchaczy wiązało z tym albumem spore oczekiwania, a pojawił się w Top 10 chyba tylko dlatego, że listopad okazał się dość zamulonym miesiącem.

Rakim – The Seventh Seal (Ra Records)

Na powrót boga mikrofonu czekaliśmy prawie całą dekadę, rok po roku słysząc zapowiedzi i informacje o tym jak tuła się on ze swym materiałem. Aż tu nagle album cicho się pojawił i niestety wygląda na to, że równie cicho zniknie. Każdy chciał sprawdzić ten album, bo jednak chyba nie ma takiego fana hip hopu, który nie wiąże z nim miłych wspomnień początku słuchania tej muzyki. I tak samo każdy ma o tym albumie identyczne zdanie. Bo przecież w sumie nie ma się do czego przyczepić – bity są dobre, bujają, brzmią klasycznie i nie są jakimś przypadkowych pitu pitu, sam Rakim także poprawnie, z konkretnym flow, które wyrobił sobie przez dwie dekady rapowania. Niby nie ma się do czego przyczepić, ale jednak poprawna nawijka na dobrych bitach, pod dekadzie czekanie na nową produkcją, brzmi po prostu jak „masz album i odczep się”.

Sid Roams – Zombie Musik (Dirt Class Records)

Mówiąc szczerze, drugi album z instrumentalami duetu jest dużo gorszy niż wydane w poprzednim roku “Stricly Nstrmnlt”, jednak w tym przypadku moja choroba na Sid Roams wzięła górę. Joey Chavez i Brava wyrobili sobie charakterystycznie brzmienie jak mało kto i ich bity powoli stają się, jeśli już nie są, pewną marką. Na „Zombie Musik” znajdziemy więcej ciemnych i surowych bitów, co nie każdemu przypadnie do gustu, jednak nie ulega wątpliwości, że w tym momencie nikt tak nie tworzy takich bitów jak Sid Roams. Jedyne czego mi w tym wszystkim brakuje to rapu Evidence’a, ale w sumie komu nie?

Slug & Murs – Felt 3 A Tribute To Rosie Perez (Rhymesayers Ent.)

Zdecydowanie jeden z najbardziej oczekiwanych albumów ostatnich miesięcy. Oczekiwanie na trzecią odsłonę Felt’a było mniej więcej tak wielkie jak różnice w opiniach po premierze płyty. Jedno zdanie pojawia się zawsze – za długo. Produkcje Aesop Rock’a, pomimo, że są na wysokim poziomie, zrobione są trochę za bardzo na jedno kopyto, co sprawia, że album dłuży się w nieskończoność. Zabrakło trochę klimatu i odgórnego konceptu, jak miało to miejsce chociażby w drugiej części Felt’a. Pomimo wszystko jednak Murs i Slug trzymają poziom jak zawsze, a wszelkie skwaszone miny i kręcenie głową wynika chyba bardziej z wielkich oczekiwań niż z niskiej jakości albumu – bo akurat tego nie można mu zarzucić.

Souls Of Mischief - Montezumas Revenge (Clear Label Records)

Souls Of Mischief powrócili, aż chciałoby się powiedzieć – „wreszcie!”, odetchnąć i zasiąść spokojnie do słupnia albumu. A po spędzeniu jakiegoś czasu z tą produkcja nie mam innego jak zdania jak – Souls Of Mischief w pełnej klasie. Album na pewno nie porywa od początku, nie jest tym, przy którym mówimy „wow”, a za kilka dni znika w naszych myślach równie szybko jak się pojawił. Ta produkcja jest tą, do której będziemy często wracać, bo pomimo, że nie porywa od razu, to ma coś dużo ważniejszego – nie nudzi się po kilku chwilach.

Wale – Attention Deficit (Interscope Records)

Podział na rap podziemny I tej “zły, komercyjny” istnieje od zawsze, albo przynajmniej od czasów kiedy wchodziłem w tą muzykę. Są jednak artyści, którzy mają gdzieś te podziały i starają się chwycić obie te płaszczyzny i przyciągnąć ku sobie. Tak właśnie próbuje robić Wale, który swoim debiutanckim albumem „Attention Deficit” narobił niemałego szumu tak samo w podziemiu jak i tam, gdzie Kanye West jest uważany za Boga. Jeżeli przymkniemy oko na lekką ucieczkę w komercyjne brzmienie i gościnne występy Lady Gaga to zapewniam, że kawałki takie jak „Mama Told Me” czy chociażby „Mirrors” mocny przypadną nam do gustu. Poza tym jakby nie patrzeć, Wale jest zdecydowanie jednym z debiutantów roku, a w tym toku nowych i ciekawych artystów pojawiało się niemało. To już o czymś świadczy.

Dodano: 23-12-2009 przez Lazy

grudzień 23rd, 2009 LUIS

nie można zapomnieć jeszcze o plycie Ghettosocks-Treat_Of_The_Day

grudzień 23rd, 2009 LUIS

dobra płyta
Subliminal Thoughts- A New Change EP

grudzień 23rd, 2009 Kadłub

Dwie płyty (z wielu w tym miesiącu), które moim zdaniem bardzo rozczarowały to:

- Emilio Rojas ”The Natural”
Emilio Rojas nagrał kolejny niezrozumiały i bezcelowy moim zdaniem niby mixtejp. Mówie niby bo ani to tejp, ani tu nic specjalnie nie jest zmiksowane. Kolejny mixtejp, który mixtejpem nie jest. A zawartość ”The Natural” jest delikatnie mówiąc kontrowersyjna. Zeby nie powiedzieć żenująca. Utwory na tej płycie ewidentnie momentami zmierzają w kierunku komercyjnym (brakuje jeszcze tylko Auto-Tune’a w co drugim kawałku żeby już pujść na całość). Szczególnie pod względem muzycznym, np. ”Untouched” lub ”Runway”. Jak dla mnie to wydawnictwo jest po prostu strasznie nudne. Emilio powinien się w końcu określić, w którą stronę zmierza bo narazie to wygląda tak jak by sam nie mógł się zdecydować. Zamiast rozmieniać się na drobne jakimiś niby mixtejpami, które do niczego nie prowadzą powinien nagrać zapowiadany od dawna ”Phaze One”.

- O.C. & A.G. ”Oasis”
”Oasis” to kolejna rozczarowująca kolaboracja, która na papierze zapowiadała się dużo lepiej niż w rzeczywistości wypadła. Spodziewałem się płyty co najmniej dobrej, a skończyło się jak w przypadku ”Survival Skills” Krs’a i Buckshot’a. A nawet troche gorzej. Jest to tym bardziej rozczarowujące, gdy weźmiemy pod uwage dokonania tej dwójki sprzed lat. Najlepszy moment płyty to otwierający album tytułowy track na bicie Statik’a Selektah. Do tego na uwagę zasługują jeszcze (choć już nie tak dobre, ale i tak wyróżniające się na tle reszty) ”Keep It Going”, ”Think About It” i ”Contagious”. Reszta jest po prostu słaba i monotonna. O.C. i AG. nie mają już takiej charyzmy i siły przebicia jak kiedyś. Z bitami sprawa ma się podobnie. Nie ma w nich nic co by ruszało i sprawiało, że zapadają w pamieć. E. Blaze jest przeciętny do bólu, a Show i Lord Finesse nie produkują nawet w połowie tak grubo jak kiedyś.

Kilka płyt, których nie ma w TOP 10, a warto sprawdzić to:
- Diamond District ”In The Ruff”
Nie jest to oczywiście album nowy. Ale tak dobry, że pod koniec października doczekał się oficjalnego wydania w formie fizycznej i warto o nim przypomnieć. Jak i o tym, że ma nowy o wiele lepszy mastering niż pierwotna wersja, która była dostępna za darmo. Plus dwa nowe utwory. Jak ktoś jeszcze nie słyszał to polecam.

- Dj K.O. presents ”Living Out A State Of Mind Vol. 1”
Na uwage zasługuje też kolejny prodjekt Dj’a K.O. Czyli pierwsza część serii ”Living Out A State Of Mind” z udziałem dobrze znanych członków Elementality Productions.

- D-Sisive ”Jonestown”
O ile poprzedni album D-Sisive’a ”Let The Children Die” nie wchodził mi zupełnie i zawiódł mnie na całej linii to ”Jonestown” ma kilka mocnych pozycji. Tej płyty warto posłuchać już dla samego utworu ”West Coast” na bicie Muneshine’a. Oprócz tego mamy tu jeszcze m.in. ”One Way Ticket” również na bicie od Muneshine’a, ”Ken Park” produkcji Marco Polo i ”They Got Guns” z udziałem Muneshine’a oczywiście. Ogólnie płyta nie powala ale ma kilka mocnych momentów.

- Ghettosocks ”Treat Of The Day”
Kanadyjczyk, którego wszyscy zapewne kojarzą z niedawnego występu na ”The Money EP” The Returners. Na tej płycie gościnnie m.in. PH, El Da Sensei i Edgar Allen Floe. Kilka kawałków jest naprawde udanych. Chociażby ”Out For Treats”, ”Pink Lemonade” lub ”Don’t Turn Around”. A do tego jeden bit na płytę dali The Returners.

- Return Of The Dj Vol. VI
Szósta część zapoczątkowanej w 1995 roku kultowej serii kompilacji z najlepszymi turntablistami wydawana przez nie mniej kultową i legendarną wytwórnie z San Francisco - Bomb Hip-Hop Records. Na płycie do usłyszenia m.in. Dj JS-1, Dj Wicked, Dj T-Rock i Dj Irie.

Ale to co najlepsze zostawiłem na sam koniec. A mianowicie ”Hunger Pains”. Listopad to przede wszystkim miesiąc, który minął pod znakiem płyty Bekay’a. Oczekiwanie na tą płytę było długie, a pokładane w niej nadzieje jeszcze większe. Ale z pewnością warto było tyle czekać. Ta płyta ma wszystko czego potrzebuje kozacki album. Charyzmatycznego, pełnego energii i utalentowanego MC. Bity kopiące po dupie. Duży wkład w utwory ze strony dj’a i udane featuringi. Wszystko to składa się na to, iż jest to album świetny. Jeśli ktoś miał wątpliwości co do umiejętności Bekay’a, to najpuźniej teraz nie powinno już być po nich śladu. Bekay ma z miejsca rozpoznawalny głos, ma flow, i ma to czego wielu raperom często brakuje - dobrą rękę do bitów. Ma swój niepowtarzalny styl, dzięki któremu potrafi sprawić, że album nabiera unikalnego klimatu z powodu którego nie można się ”uwolnić” od tej płyty. A klimat to często ten składnik, to przysłowiowe ”coś” czego brakuje albumom bardzo dobrym do tego by stały się klasykami. Początek albumu jest niesamowity. Aż wypierdala z butów. Po ”Street Hop” Royce’a nie sądziłem, że ktoś będzie miał lepszy początek płyty. I tak jest praktycznie przez cały album. Nawet osobiste i szczere do bólu ”Pops” i ”Visions” pod koniec nic nie psują i nie odbierają płycie impetu. Wręcz przeciwnie. Dają niezbędne urozmaicenie. Tak jak i bity od prodcuentów. Poczynając od The Returners (którzy oddali tu dwa podkłady), Alchemist’a, Marco Polo, Shuko, Jae Supreme, Illmind’a, Dj’a Babu, a kończąc na BeanOne’ie, Street Orchestra i J.R. Rotem’ie. Bekay wziął od nich wszystko co mieli najlepszego. Nie zawiedli również goście na czele z niesamowitymi Rugged Men’em, który idealnie pasuje do ”Pipe Dreams” i Masta Ace’m w ”Brooklyn Bridge”. Nie do przecenienia jest również udział Dj’a Dutchmaster’a, który jest odpowiedzialny za większość skreczy i cut-ów. Jak i Dj’a Revolution, Mista Sinista i Dj’a Babu za swój udział w tej sferze płyty. Można by tak wychwalać ten album dalej ale wszystko sprowadza się do tego, że jest to po prostu w moim mniemaniu płyta roku. ”Hunger Pains” to płyta, o której będzie się pamiętać nawet za kilka i kilkanaście lat. W czasach, gdy połowa sceny nawija, że ratuje rap (tak naprawde nie ratując nic, chyba poza swoim dobrym samopoczuciem) Bekay robi to nie wspominając o tym nawet ani razu. Jedyny słabszy punkt krążka to kawałek ”Realest That Run It”. A przyjemności ze słuchania nie psuje nawet to, że sześć utworów było dostępnych przed premierą i każdy kto czekał na ten album napewno już je znał. I jak by tego było mało to trwają prace nad ”Hunger Pains Remix EP”

grudzień 23rd, 2009 cap

mnie także listopad nie zaskoczył niczym specjalnie, Kadłub bardzo dobrze podsumowałeś płyte OC i AG, zgadzam się z Tobą w 100%.
Blackroc - pomysł ciekawy, ale płyta nie jest niczym specjalnym, mam wrażenie, że można byłoby to dużo ciekawiej zrobić.
Rakim - bardzo byłem ciekaw co nagra, szczerze mówiąc jakoś spodziewałem się przeciętnego alubmu i niestety moje przypuszczenia się sprawdziły, nie zgadzam się, że bity są dobre i brzmią klasycznie. Bity są mocno średnie, a do klasycznych to im bardzo daleko.
Souls Of Mischief - na pewno nie jest to album, który na długo zapadnie w mojej pamięci, przesłuchałem kilka-kilkanaśnie razy i raczej już nigdy do niego nie powrócę, owszem ma mocne momenty (świetne Tour Stories i For Real Y’all), ale cała reszta przeciętna.
Felt 3 - mój faworyt jesli chodzi o listopad i w sumie całkiem dobry album, bity Aesopa może dla niektórych monotonne, mnie się jednak podobają, Murs i Slug też w sumie całkiem przyzwoicie wypadli.

grudzień 26th, 2009 Iman

Wax Tailor- In The Mood for Life
Strong Arm Steady- Stoney Jackson

grudzień 27th, 2009 Fanatik

Chyba najbardziej nudny miesiąc w tym roku, produkcje które miały być kozackie okazały się być jedynie średnie, do czego już w sumie zdążyłem się przyzwyczaić. Zgodzę się z Kadłubem, że ciekawą pozycją jest album Jonestown, pozytywnie mnie zaskoczył, zwłaszcza że nie spodziewałem się czegoś nadzwyczajnego, w dodatku za free. A że nie kopie i nie powala to akurat plus, bo to nie muzyka tego typu. Baaaardzo solidnie. Do najlepszych wymienionych już numerów dołożyłbym także krótkie i lekko niepokojące Around The World oraz pełne wspomnień 1974 - magiczny numer.

grudzień 28th, 2009 khe khe

fanatic sprecyzuj please, around the world czyli jaki artysta bo nie kojarze a przetestowalbym

Napisz komentarz:

2005-2009 RawRap.net. All rights reserved.